Co wybrać?


Najtrudniejsza chyba decyzja, przed którą staje chory - czy korzystać z usług ortodoksyjnej medycyny? Decydować się na chemioterapię?

Nowotwory to bardzo szeroka grupa schorzeń. Nie interesuje nas w tej chwili podział naukowy czy nazewnictwo. Jedyne, czego potrzebujemy, to wiedza o tym, jaką szansę na całkowite wyleczenie daje oficjalna medycyna przy tej konkretnej odmianie, jaką mamy. Są takie, przy których lekarze nikomu nigdy jeszcze życia nie uratowali, np rak trzustki. W tym wypadku wybór jest oczywisty - tylko metody alternatywne, nie umrzemy od nich bardziej. Są też takie, gdzie medycyna niemal zawsze odnosi sukces - rak jądra czy tarczycy. Tutaj odstąpienie od oficjalnych metod mających niemal 100% skuteczności byłaby głupotą.

Absolutnie nie zachęcamy tutaj do rezygnacji z zaleceń lekarskich. W niektórych przypadkach to najgorsza rzecz, jaką można zrobić. Umożliwiam jedynie podjęcie świadomej decyzji - opierającej się na wiedzy o konsekwencjach swojego wyboru.

Często największym wrogiem chorego jest jego rodzina i najbliżsi. Mają co prawda dosłownie zerowe pojęcie o medycynie, ale uwielbiają się wymądrzać i dawać rady - zapewne w celu pokazania wszystkim naokoło, jak to bardzo im zależy na chorym. Z jednej strony będą to głupkowate porady "nie stosuj żadnej alternatywy, nawet wspomagająco, to wszystko kłamstwa, telewizor mi powiedział", z drugiej - równie głupkowane namawianie do jakiejś nie działającej metody "musisz kupić zappera, tylko to cię uratuje, wiem, we Wróżce przeczytałam". Zdesperowany człowiek często nie ma po prostu sił na to, żeby samodzielnie myśleć i wybierać, zrzuca odpowiedzialność za wybór na ludzi, którzy go otaczają. Regułą jest, że nawet w przypadku nowotworów o dosłownie zerowej szansie przeżycia, rodzina wysyła pacjenta na chemię i wręcz grozi konsekwencjami gdy chce on z tego zrezygnować. Cóż - choroba to straszna rzecz, a jeszcze straszniejsza jest wizja, że ta rodzina miałaby choremu pomagać w walce. Lepiej zrzucić ten ciężar na jakąś instytucję, odsunąć go od siebie, nie myśleć o śmierci, nie myśleć o raku. Działa tu mechanizm psychologicznego wyparcia ze strachu przed śmiercią, ludzie koszmarnie boją się uświadomienia sobie, że sami też będą kiedyś musieli umrzeć, że kwestia ich życia i ich śmierci leży w ich własnych rękach. Każdy chce żyć w iluzji nieśmiertelności, a najłatwiej ją osiągnąć przerzucając wszystko, co dotyczy umierania na barki instytucji. Rak staje się czymś, co dotyczy szpitala, a nie chorego. Wizja samodzielnego leczenia choroby przez pacjenta sprawia, że można w niej zobaczyć coś, co z czym możemy sami walczyć, a tym samym uświadamia, że nas samych może to dotknąć.

Oczywiście część terapii oficjalnych jest na tyle nieszkodliwa dla chorego, że powinno się je stosować bez względu na wszystko - na przykład wycięcie czerniaka czy niektóre terapie hormonalne.

Największy problem ze współczesną medycyną to wszechobecna korupcja i dążenie do zysku za wszelką cenę, także za cenę zdrowia pacjenta. Lekarz podejmując decyzję o leczeniu opiera się na badaniach nad danym lekiem. Jeśli w próbach klinicznych wykazal on dużą skuteczność i małą ilość skutków ubocznych, jest przepisywany. I tu jest problem. Przyjrzyjmy się lekom na inne schorzenia. Każdy zapewne zna kogoś komu przepisano obniżające cholesterol statyny - leki w grupie przynoszących największe zyski w historii medycyny. Wiemy, że działają, bo w badaniach ludzie którzy je otrzymywali żyli dłużej niż ci, którzy ich nie dostali. Ale... no właśnie, jest tu pewne dość poważne ale. Badania sponsorowane przez producentów leków miały DWADZIEŚCIA RAZY większą szansę, że statyny okażą się skuteczne, niż badania sponsorowane przez neutralne organizacje. Innymi słowy, jeśli były badane przez producenta - działały, jeśli jednak badania prowadziły niezalezne, rządowe ośrodki - często okazywało się, że są to nic nie warte kolorowe pastylki, albo co gorsza - ludzie którzy je brali mieli większe ryzyko zgonu. Link do publikacji:

http://journals.plos.org/plosmedicine/article?id=10.1371/journal.pmed.0040184

Drugi przykład, SSRI, "pastylki szczęścia" przepisywane przy każdym niemal problemie psychicznym - depresji czy nerwicy. W badaniach miały 94% skuteczności, więc lekarze je przepisują. Ktoś jednak przyjrzał się tym badaniom dokładniej. Okazało się, że gdy wynik miał być negatywny (np pacjenci popełniali samobójstwa) - próbę kliniczną przerywano, albo po jej zakończeniu - nie publikowano wniosków. Jeśli uwzględnić wszystkie badania, łącznie z tymi nie publikowanymi, skuteczność tych tabletek wynosi... 51%. Czyli opakowanie jest więcej warte od zawartości. Nawet nie chodzi o to, że nie działały, bo każdy kto je brał wie, że jakoś wpływają na zdrowie, ale o to, że często skutki uboczne (np zwiększenie odsetka samobójstw) były znacznie większe niż korzyści. Publikacja:

http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMsa065779#t=article

Obecnie na świecie trwa batalia o to, aby ukrócić proceder oszustw podczas prób klinicznych. Dopóki to nie nastąpi, tak naprawdę nie wiemy, jaka jest skuteczność leczenia proponowanego przez onkologa. On sam często tego nie wie. Trzeba też uwzględnić to, że spora część prób klinicznych była prowadzona w krajach, gdzie opieka medyczna jest na dużo wyższym poziomie i nijak ma się do realiów Polski. Biorąc to wszystko pod uwagę, może się okazać, że szansa na całkowite wyleczenie przy danej terapii zmaleje z na przykład 30% do 12%.

Szokującym może się wydać, że do tej pory w historii ludzkości nie wykonano niemal żadnego badania testującego skuteczność jakiejkolwiek nie podlegającej prawu patentowemu metody leczenia raka - nie ma badań ziół, witamin, interwencji dietetycznych, nic, zero. Jest kilka wyjątków - badania przeprowadzone przez prywatnych pasjonatów, ale to można policzyć na palcach jednej ręki. Argumenty typu "to na pewno nie działa bo ktoś by to sprawdził" albo "to nie działa bo nie zostało sprawdzone" nie mają racji bytu - we współczesnej medycynie po prostu nie sprawdza się skuteczności środków naturalnych. Żadnych środków naturalnych. Jeśli ktoś was przekonuje "powinno się stosować tylko metody sprawdzone, bo tylko to jest prawdziwa medycyna" - to oznacza, że nie wie o czym mówi. Bada się wyłącznie środki na których można zarobić, całą resztę się po prostu pomija, a ignoranci podchwytują to powtarzając w kółko "działają tylko środki, które przebadano, gdyby zioła czy diety mogły działać ktoś by to sprawdził". Nie, nie sprawdziłby.

Kolejna rzecz, to skutki uboczne oficjalnych metod. Po pierwsze, jeśli komuś zostało powiedzmy 6 miesięcy życia, medycyna może sprawić, że pożyje 9 miesięcy - trzeba popatrzeć na koszty zdrowotne. Może się okazać, że to będzie 9 miesięcy nie życia, ale wegetacji z powodu skutków ubocznych leczenia. Po drugie, chemia czy radioterapia niszczą naturalną odporność. Oznacza to, że sprowadzają szansę na zadziałanie niektórych opisanych tu metod w pobliże zera. Oczywiście sposoby nie opierające się na wzmacnianiu odporności - czyli DCA, soda oczyszczona, niektóre zioła czy potas - w dalszym ciągu będą spełniać swoją rolę i bez problemu można je łączyć z np chemioterapią, ale one zazwyczaj jedynie spowalniają rozwój choroby, całkowicie może ją wyleczyć tylko przechylenie szali siły odporności na tyle mocno, że nasz własny organizm zacznie skutecznie walczyć.

Trzeba też oczywiście wziąć pod uwagę, że metody naturalne w ogóle nie zostały przebadane, nie licząc kilku dosłownie badań przeprowadzonych przez ośrodki rządowe czy prywatnych pasjonatów. Ludzie decydujący się na alternatywę są więc skazani na swego rodzaju loterię - może się okazać, że metody naturalne mają skuteczność dosłownie zerową i zamieniając chemioterapię na ziołą czy diety, skazujemy się na śmierć. Prawdę mówiąc, znakomita większość metod alternatywnych w ogóle nie działa i jest najzwyklejszym oszustwem - na tej stronie wypisałem te, które są w jakiś sposób potwierdzone, np próbami na zwierzętach.

Nie jestem oczywiście w stanie dać nikomu jasnej odpowiedzi na to, co powinien zrobić, którą drogę wybrać - uczulam jedynie na dwie rzeczy. Po pierwsze, do wszystkich twierdzeń medycyny oficjalnej trzeba podchodzić z dużą ostrożnością, gdyż oszustwa są nagminne i póki co nie zanosi sie na to, żeby miały zostać ukrócone. Po drugie, medycyna alternatywna w ogóle nie jest przebadana, oszustw jest w niej o wiele, wiele więcej niż w oficjalnej, a opisywane w internecie przypadki setek wyleczeń jakąś metodą alternatywną są z reguły wyssane z palca przez sprzedawcę tejże metody.